poniedziałek, 7 czerwca 2010

Po znajomości

Oto slogan bezrobotnych i tych co by chcieli więcej. Święty argument i jedyne usprawiedliwienie – że w naszych czasach człowiek bez znajomości jest nikim. Sukces, praca, tania wódka, marihuana – wszystko, wyłącznie po znajomości. Trzeba wiedzieć jak i do kogo zagadać. Trzeba wiedzieć co i z kim (i jak mocno) zrobić. Dopóki trybami w maszynie są ludzie, nie uchroni się przed tym żaden rynek, nawet muzyczny. Mimo swej całej szlachetności zajmowania się jedną ze sztuk teoretycznie pięknych.


Limp Bizkit – abstrahując ode tego jakie gatunki połączyli, by grać tak jak grają... Abstrahując od tego, czy ich sztuka jest piękna, żałośnie popowa, pełna prawdziwych emocji, czy nabuzowana wymuszoną agresją i testosteronem – bez znajomości nikomu by jej nie sprzedali. A może i tak, tylko że albo po śmierci, albo musieliby mieć duże, lśniące cycki, kilka kontrowersji w zanadrzu i więcej elektroniki – tak wiem, myślę stereotypowo. Ale przynajmniej myślę.

W każdym razie na początku kariery poznali może wtedy jeszcze nie grubą, ale szybko tuczącą się rybę – Korn. Grupa przyjechała dać koncert w rodzinnym mieście Bizkitów, Jacksonville na Florydzie. Oczywiście nie trzeba się długo zastanawiać, by domyślić się, że okolicznością zrzeszającą była impreza. Członkowie dwóch zespołów zaprzyjaźnili się podczas afterparty, na którym zdążyli zrobić sobie kilka tatuaży i odbyć wspólną orgię. To naprawdę zbliża ludzi.

Poza standardowymi atrakcjami podczas owego afterparty odbyło się malutkie zdarzenie, które efektem motyla stworzyło z Limp Bizkit pop-kulturowego giganta (przynajmniej w latach dziewięćdziesiątych).

Treściwy plan wydarzeń: Fred Durst (frontman Limp Bizkit) przekazał Jonathanowi Davisowi (frontman Korn) kasetę z nagraniem swojego dema. Ten jej sobie posłuchał i mu się spodobała. Wtedy Jonathan Davis przekazał tą kasetę Rossowi Robinsonowi (producent muzyczny). I on jej sobie też posłuchał i mu również się spodobała. Więc przekazał ją do wytwórni Flip Records i im też się ona spodobała. I jak im się spodobała to wydali ją na kompakcie. I wtedy ona się już wszystkim spodobała! Proste. I żyli długo i szczęśliwie.

Przez następne trzy lata Limp Bizkit lansował się na corocznej trasie Family Values u boku Korna, Orgy, Rammsteina i innych. To było trafne posunięcie, koncerty były filmowane i wydawane co oznacza, że fani wyłącznie pozostałych zespołów, chcąc nie chcąc trafiali na Bizkitów. W międzyczasie wydali drugą i trzecią płytę. Muzyka na kolejnych albumach była coraz gładsza, bardziej grzeczna i (nienawidzę tego określenia) przyjemna dla ucha. I pewnie z tą tendencją porzucania agresji i tak zwanego brudu zaczęliby grać lounge, gdyby jedyny gitarzysta nie odszedł. To znaczy odszedł z zespołu, nie umarł.

Podczas kiedy gitarzysta Wes Borland bawił się świetnie ze swoim nowym zespołem Black Lights Burns, nagrywając naprawdę dobrą muzykę, Limp Bizkit wydawał jakieś godne pożałowania remixy i składanki. Typowe zagranie, gdy leci się w dół. Wydali każdy wcześniej nie publikowany kawałek, wszystkie video rarey z tym jak grają w kosza, albo piją whiskey.


Fani porzucili wtedy wszelką nadzieję, a zrobiło się jeszcze gorzej, gdy Bizkici wydali nowy album z jakimś nieznanym gitarzystą z przedszkola. Największym ciosem jeśli chodzi o tą płytę była zniweczona piosenka The Who „Behind blue eyes” - to jest bardzo, bardzo złe. Gdy pojechali w trasę z Mudvayne, Deftones, Linkin Park i Metallicą, zostali obrzuceni i wyśmiani. Durst dostał parówką w głowę. A John Otto – perkusista poszedł na odwyk. Odwołali kilka koncertów. A żeby tego było mało wydali jeszcze gratest hits.

Limp Bizkit znikli na kilka lat. Próbowali zostać reżyserami i robić cokolwiek. Nic z tego nie wyszło. Echem z piekielnych czeluści zapomnienia była pozbawiona promocji płyta z zaledwie siedmioma kawałkami „The Unquestionable Truth”, ale nie trudno się domyślić – nikt jej nie zauważył. Dobrą wiadomością był fakt, że zagrał na niej były gitarzysta. W sumie nie wiem czego mu brakowało w Black Lights Burns. Może chodziło o to, że jego nowy zespół choć gra rewelacyjną muzykę nie ma wystarczająco dobrej marki do zarobienia wystarczająco dużej ilości pieniędzy.

Po tej mini płycie wszyscy postanowili się grzecznie pogodzić i znów zostać razem. Porzucili swoje niedoszłe kariery reżyserów i wrócili w oryginalnym składzie. Znów zaczęli grać w starym stylu. Fani byli na tyle wygłodniali, że szybko łyknęli trasę po całym świecie. I jestem pewien, że równie szybko łykną nową, nadchodzącą płytę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz