Mam w sobie coś takiego, że uwielbiam słuchać debiutanckich nagrań. Starzy muzyczni wyjadacze na ogół "jadą" na sprawdzonych już patentach, z rzadka "co łaska" dając coś od siebie, ale debiutanci - to już inna para gumofilców. Dają możliwość pobawienia się trochę w "jasnowidzów" i pokombinowania, czy i, jak potoczy się dalej ich świeżo rozpoczęta kariera. Takie właśnie myśli krążyły mi po głowie, gdy do zdezelowanego czytnika CD wrzuciłem pierwszy album Karima o jakże optymistycznym tytule "Wiem, że warto".
Sam Karim, w internecie znany szerzej, jako Karim z Bielska, zdążył sobie stworzyć już pewnej wielkości "fanbase" (głównie dzięki serwisowi YouTube). Nie był on zatem mi zupełnie nieznany (choć przyznam, że rapu i pochodnych słucham raczej "z polecenia" znajomych, sam szperając w sieci na temat gatunku rzadziej, niż wypada się przyznać). To, co jednak miałem okazję wyłowić z YT brzmiało obiecująco, więc postanowiłem się jednak z pierwszym dzieckiem Karima zapoznać bliżej.
Po pierwsze - okładka. Surowa, ascetyczna wręcz, z dominującą czernią. Patrząc na taki artwork odnosi się wrażenie, że krążek wypełniony jest co najmniej gangsta rapem. Taka okładka to, moim zdaniem, strzał w stopę z magnum, bo płyta ma z gangsterką wspólnego ma dość niewiele. To tylko sztafaż służący do opowiedzenia dalece głębszej historii. O czym? Njakrócej ujmując - o miłości do rapu, hip hopu, do muzyki i związanego z nią stylu bycia. Karim od samego początku akcentuje, że należy do "starej gwardii" słuchaczy polskiego rapu, że pamięta czasy, gdy...
"dyskografia albumów z polskim rapem w temacie
to było dwadzieścia płyt, wszystkie znałeś, jak pacierz"
Po tym dwuwersie (który zresztą jest moim ulubionym z krążka) widać, co stanowi o sile karimowskiego debiutu - teksty. Płynie z nich nie tylko zrozumienie, ale i także bezgraniczna miłość do całego polsko - raperskiego dziedzictwa. Nie jest to jednak jedyny temat albumu. Obok takich kawałków, jak "Na początku", czy "Ostatni raz" z dość "mrocznymi" samplami i nostalgicznymi tekstami mamy także tracki o relacjach damsko-męskich (jak moja ulubiona
"Andromeda" z przecudnym żeńskim wokalem "w tle" i samplami a'la Jean Michel Jarre).
Zresztą dobór sampli na krążek to też nie lada gratka - bywa mroczno-blokowo, ale część numerów bazuje na syntezatorach (już "Intro" przywodzi na myśl rozbuchane, gorące lata 80. ubiegłego stulecia). Jest psychodelicznie, czasami funkowo, ale czuć świadomość gatunku. Nic tu nie "odstaje", numery przechodzą bezboleśnie jeden w drugi, i ani przez chwilę nie odczuwa się dysonansu.
Nastał ten akapit recenzji, w którym to trzeba napisać, czy płyta się podobała i, czy zdaniem recenzenta kupić ją warto. Z jednej strony Karim jasno nam na okładce wyjaśnia - "wiem, że warto", ale ja nie wiem, co gryzie Gilberta Grape'a i recenzję podsumuję tak:
"ty małolat się zastanów, co zabierasz z półek w sklepie,
kupuj dobry rap, zresztą sam wiesz najlepiej"
czwartek, 1 lipca 2010
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Po znajomości
Oto slogan bezrobotnych i tych co by chcieli więcej. Święty argument i jedyne usprawiedliwienie – że w naszych czasach człowiek bez znajomości jest nikim. Sukces, praca, tania wódka, marihuana – wszystko, wyłącznie po znajomości. Trzeba wiedzieć jak i do kogo zagadać. Trzeba wiedzieć co i z kim (i jak mocno) zrobić. Dopóki trybami w maszynie są ludzie, nie uchroni się przed tym żaden rynek, nawet muzyczny. Mimo swej całej szlachetności zajmowania się jedną ze sztuk teoretycznie pięknych.
Limp Bizkit – abstrahując ode tego jakie gatunki połączyli, by grać tak jak grają... Abstrahując od tego, czy ich sztuka jest piękna, żałośnie popowa, pełna prawdziwych emocji, czy nabuzowana wymuszoną agresją i testosteronem – bez znajomości nikomu by jej nie sprzedali. A może i tak, tylko że albo po śmierci, albo musieliby mieć duże, lśniące cycki, kilka kontrowersji w zanadrzu i więcej elektroniki – tak wiem, myślę stereotypowo. Ale przynajmniej myślę.
W każdym razie na początku kariery poznali może wtedy jeszcze nie grubą, ale szybko tuczącą się rybę – Korn. Grupa przyjechała dać koncert w rodzinnym mieście Bizkitów, Jacksonville na Florydzie. Oczywiście nie trzeba się długo zastanawiać, by domyślić się, że okolicznością zrzeszającą była impreza. Członkowie dwóch zespołów zaprzyjaźnili się podczas afterparty, na którym zdążyli zrobić sobie kilka tatuaży i odbyć wspólną orgię. To naprawdę zbliża ludzi.
Poza standardowymi atrakcjami podczas owego afterparty odbyło się malutkie zdarzenie, które efektem motyla stworzyło z Limp Bizkit pop-kulturowego giganta (przynajmniej w latach dziewięćdziesiątych).
Treściwy plan wydarzeń: Fred Durst (frontman Limp Bizkit) przekazał Jonathanowi Davisowi (frontman Korn) kasetę z nagraniem swojego dema. Ten jej sobie posłuchał i mu się spodobała. Wtedy Jonathan Davis przekazał tą kasetę Rossowi Robinsonowi (producent muzyczny). I on jej sobie też posłuchał i mu również się spodobała. Więc przekazał ją do wytwórni Flip Records i im też się ona spodobała. I jak im się spodobała to wydali ją na kompakcie. I wtedy ona się już wszystkim spodobała! Proste. I żyli długo i szczęśliwie.
Przez następne trzy lata Limp Bizkit lansował się na corocznej trasie Family Values u boku Korna, Orgy, Rammsteina i innych. To było trafne posunięcie, koncerty były filmowane i wydawane co oznacza, że fani wyłącznie pozostałych zespołów, chcąc nie chcąc trafiali na Bizkitów. W międzyczasie wydali drugą i trzecią płytę. Muzyka na kolejnych albumach była coraz gładsza, bardziej grzeczna i (nienawidzę tego określenia) przyjemna dla ucha. I pewnie z tą tendencją porzucania agresji i tak zwanego brudu zaczęliby grać lounge, gdyby jedyny gitarzysta nie odszedł. To znaczy odszedł z zespołu, nie umarł.
Podczas kiedy gitarzysta Wes Borland bawił się świetnie ze swoim nowym zespołem Black Lights Burns, nagrywając naprawdę dobrą muzykę, Limp Bizkit wydawał jakieś godne pożałowania remixy i składanki. Typowe zagranie, gdy leci się w dół. Wydali każdy wcześniej nie publikowany kawałek, wszystkie video rarey z tym jak grają w kosza, albo piją whiskey.
Fani porzucili wtedy wszelką nadzieję, a zrobiło się jeszcze gorzej, gdy Bizkici wydali nowy album z jakimś nieznanym gitarzystą z przedszkola. Największym ciosem jeśli chodzi o tą płytę była zniweczona piosenka The Who „Behind blue eyes” - to jest bardzo, bardzo złe. Gdy pojechali w trasę z Mudvayne, Deftones, Linkin Park i Metallicą, zostali obrzuceni i wyśmiani. Durst dostał parówką w głowę. A John Otto – perkusista poszedł na odwyk. Odwołali kilka koncertów. A żeby tego było mało wydali jeszcze gratest hits.
Limp Bizkit znikli na kilka lat. Próbowali zostać reżyserami i robić cokolwiek. Nic z tego nie wyszło. Echem z piekielnych czeluści zapomnienia była pozbawiona promocji płyta z zaledwie siedmioma kawałkami „The Unquestionable Truth”, ale nie trudno się domyślić – nikt jej nie zauważył. Dobrą wiadomością był fakt, że zagrał na niej były gitarzysta. W sumie nie wiem czego mu brakowało w Black Lights Burns. Może chodziło o to, że jego nowy zespół choć gra rewelacyjną muzykę nie ma wystarczająco dobrej marki do zarobienia wystarczająco dużej ilości pieniędzy.
Po tej mini płycie wszyscy postanowili się grzecznie pogodzić i znów zostać razem. Porzucili swoje niedoszłe kariery reżyserów i wrócili w oryginalnym składzie. Znów zaczęli grać w starym stylu. Fani byli na tyle wygłodniali, że szybko łyknęli trasę po całym świecie. I jestem pewien, że równie szybko łykną nową, nadchodzącą płytę.
Limp Bizkit – abstrahując ode tego jakie gatunki połączyli, by grać tak jak grają... Abstrahując od tego, czy ich sztuka jest piękna, żałośnie popowa, pełna prawdziwych emocji, czy nabuzowana wymuszoną agresją i testosteronem – bez znajomości nikomu by jej nie sprzedali. A może i tak, tylko że albo po śmierci, albo musieliby mieć duże, lśniące cycki, kilka kontrowersji w zanadrzu i więcej elektroniki – tak wiem, myślę stereotypowo. Ale przynajmniej myślę.
W każdym razie na początku kariery poznali może wtedy jeszcze nie grubą, ale szybko tuczącą się rybę – Korn. Grupa przyjechała dać koncert w rodzinnym mieście Bizkitów, Jacksonville na Florydzie. Oczywiście nie trzeba się długo zastanawiać, by domyślić się, że okolicznością zrzeszającą była impreza. Członkowie dwóch zespołów zaprzyjaźnili się podczas afterparty, na którym zdążyli zrobić sobie kilka tatuaży i odbyć wspólną orgię. To naprawdę zbliża ludzi.
Poza standardowymi atrakcjami podczas owego afterparty odbyło się malutkie zdarzenie, które efektem motyla stworzyło z Limp Bizkit pop-kulturowego giganta (przynajmniej w latach dziewięćdziesiątych).
Treściwy plan wydarzeń: Fred Durst (frontman Limp Bizkit) przekazał Jonathanowi Davisowi (frontman Korn) kasetę z nagraniem swojego dema. Ten jej sobie posłuchał i mu się spodobała. Wtedy Jonathan Davis przekazał tą kasetę Rossowi Robinsonowi (producent muzyczny). I on jej sobie też posłuchał i mu również się spodobała. Więc przekazał ją do wytwórni Flip Records i im też się ona spodobała. I jak im się spodobała to wydali ją na kompakcie. I wtedy ona się już wszystkim spodobała! Proste. I żyli długo i szczęśliwie.
Przez następne trzy lata Limp Bizkit lansował się na corocznej trasie Family Values u boku Korna, Orgy, Rammsteina i innych. To było trafne posunięcie, koncerty były filmowane i wydawane co oznacza, że fani wyłącznie pozostałych zespołów, chcąc nie chcąc trafiali na Bizkitów. W międzyczasie wydali drugą i trzecią płytę. Muzyka na kolejnych albumach była coraz gładsza, bardziej grzeczna i (nienawidzę tego określenia) przyjemna dla ucha. I pewnie z tą tendencją porzucania agresji i tak zwanego brudu zaczęliby grać lounge, gdyby jedyny gitarzysta nie odszedł. To znaczy odszedł z zespołu, nie umarł.
Podczas kiedy gitarzysta Wes Borland bawił się świetnie ze swoim nowym zespołem Black Lights Burns, nagrywając naprawdę dobrą muzykę, Limp Bizkit wydawał jakieś godne pożałowania remixy i składanki. Typowe zagranie, gdy leci się w dół. Wydali każdy wcześniej nie publikowany kawałek, wszystkie video rarey z tym jak grają w kosza, albo piją whiskey.
Fani porzucili wtedy wszelką nadzieję, a zrobiło się jeszcze gorzej, gdy Bizkici wydali nowy album z jakimś nieznanym gitarzystą z przedszkola. Największym ciosem jeśli chodzi o tą płytę była zniweczona piosenka The Who „Behind blue eyes” - to jest bardzo, bardzo złe. Gdy pojechali w trasę z Mudvayne, Deftones, Linkin Park i Metallicą, zostali obrzuceni i wyśmiani. Durst dostał parówką w głowę. A John Otto – perkusista poszedł na odwyk. Odwołali kilka koncertów. A żeby tego było mało wydali jeszcze gratest hits.
Limp Bizkit znikli na kilka lat. Próbowali zostać reżyserami i robić cokolwiek. Nic z tego nie wyszło. Echem z piekielnych czeluści zapomnienia była pozbawiona promocji płyta z zaledwie siedmioma kawałkami „The Unquestionable Truth”, ale nie trudno się domyślić – nikt jej nie zauważył. Dobrą wiadomością był fakt, że zagrał na niej były gitarzysta. W sumie nie wiem czego mu brakowało w Black Lights Burns. Może chodziło o to, że jego nowy zespół choć gra rewelacyjną muzykę nie ma wystarczająco dobrej marki do zarobienia wystarczająco dużej ilości pieniędzy.
Po tej mini płycie wszyscy postanowili się grzecznie pogodzić i znów zostać razem. Porzucili swoje niedoszłe kariery reżyserów i wrócili w oryginalnym składzie. Znów zaczęli grać w starym stylu. Fani byli na tyle wygłodniali, że szybko łyknęli trasę po całym świecie. I jestem pewien, że równie szybko łykną nową, nadchodzącą płytę.
niedziela, 30 maja 2010
"Chrzanić pieniądze, mam zasady... Zaraz, to chyba szło odwrotnie...", czyli "Yu-Gi-Oh: The Abridged Series"

Widzisz, wnuczku - granie w karcianki przypomina seks. Zazwyczaj robisz to na stole, czujesz wstręt do siebie, jak już skończysz i przestaje być to zabawne, gdy jesteś stary. Dlatego pamiętaj - grając w karcianki zawsze używaj prezerwatywy.
Gry karciane, albo karcianki, to jest jeden z tych fenomenów współczesnego świata, których za diabła nie rozumiem. Zasadniczo polega toto na tym, że bogate dzieciaki wydają horrendalne kwoty na karty z obrazkami potworów i informacją w stylu "siła +10, magia +20, dodatkowe zdolności: zajebisty wygląd" i grają z innymi nie mniej bogatymi dzieciakami (a częstokroć też spasionymi do granic przyzwoitości i znającymi na pamięć tytuły wszystkich odcinków "Star Trek") o... ...kolejne karty do kolekcji. Obecnie najpowszechniejszym "systemem" takich gier jest "Magic". Swojego czasu jednak, szczególnie w szkołach (japońskich i amerykańskich) rozpleniła się zaraza znana, jako "Duel Monsters" (albo "Yu-Gi-Oh"). Duża rolę w tej zarazy rozplenieniu odegrał promujący karty serial animowany pod tym samym tytułem. Był też przez jakiś czas emitowany w Polsce (zresztą na Polsacie, co samo w sobie jest już dość znamienne).
Sam serial (co piszę na podstawie obejrzenia dwóch odcinków, bo system immunologiczny nie pozwolił mi na więcej) opowiada historię grupy uczniaków pragnących zostać najlepszymi karciarzami w historii. Przewodzi im Yugimoto, chłopak z pokraczną fryzurą, opanowany przez ducha prastarego, egipskiego faraona (który oczywiście jest mistrzem karcianek, bo jeżeli jest jedna rzecz, która była powszechna w starożytnym Egipcie, to było to granie w dziecięcą grę karcianą rodem z Japonii).
Zapytacie: po co o tym piszę? Przecież po pierwsze - to było dawno. Po drugie - zdecydowanie targetem tej gry byli ludzie młodsi ode mnie. Po trzecie - w Polsce to się i tak w ogóle nie przyjęło (woleliśmy kolorowe karteczki Disney'a i Tazosy). Ano z powodu pewnego pana o pseudonimie Little Kuriboh. Własnymi siłami, korzystając z talentu montażowego i sporych umiejętności naśladowania różnych głosów postanowił uraczyć internautów parodią "Yu-Gi-Oh" znaną, jako "Yu-Gi-Oh: The Abridged Series". Serial liczy sobie przeszło0 czterdzieści odcinków (jeden trwa około dziesięciu minut) i obejmuje fabularnie dwa sezony pierwowzoru. Przypadki przebijania "czwartej ściany" w tym show są niezwykle częste - postaci zgryźliwie komentują luki oryginalnego scenariusza i próbują (razem z widzem) załapać, o co tym szalonym Japończykom w ogóle chodziło?
Twór ten stał się swojego rodzaju sieciowym zjawiskiem, powołując całą masę naśladowców i jeszcze większą "fanbase". Przeróbkę pełnometrażowego filmu o młodych karciarzach (też autorstwa Little Kuriboh) znajdziecie tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=u9-3mzm9MEw
Zachęcam wszystkich lubiących satyrę i, przede wszystkim, dobrze rozumiejących angielski, do odwiedzenia oficjalnej witryny autora, gdzie znajdziecie wszystkie odcinki przez niego "przemontowane" (choć wszystkie Yu-Gi-Oh dostępne są też na YT)
http://www.yugiohabridged.com/
(szukać pod EPISODES - od dołu do góry)
sobota, 29 maja 2010
24: The Game (PS2)

Ekranizacje znanych przebojów kinowych od zarania dziejów komputerowej rozrywki cieszą się bardzo złą sławą. I nie dziwota - ich twórcy często uważają bowiem, że wystarczy wykupić prawa do loga adaptowanego hitu i jego motywu przewodniego i już "ciemny lud to kupi". I ciemny lud (w tym ja) kupuje. I to od lat. Początków tego procederu należy szukać już w latach 80. ubiegłego stulecia, kiedy to gra "ET" konsolowego i komputerowego giganta Atari oparta skądinąd na innym "gigancie" - filmie Stevena Spielberga, praktycznie jedną ręką (czy też jednym podzespołem) doprowadziła Atari na skraj bankructwa, przez niektórych krytyków będąc wręcz obwinianą o kres ery ośmiobitowców. Gra, de facto, była tak zła, że klienci masowo zwracali ją do sklepów w kilka godzin po zakupie narzekając na jej całkowitą niegrywalność. Kiedy w magazynach zabrakło miejsca na carty z "ET" postanowiono je... ...zakopać na pustyni w Nevadzie. Tak, mili państwo, kończą gnioty.
Od tamtego incydentu minęło wiele lat, a twórcy wyraźnie nie zmądrzeli. Współczesne growe wersje blockbusterów nie są może tak kiepskie, jak wspomniana abominacja, ale sporo im brakuje do wybicia się ze, parafrazując Orwella, "średniej klasy średniej".
Różnica między "24: The Game", a jakimkolwiek innym tytułem próbującym zbić fortunę na fanach aktorskich pierwowzorów jest to, że "24" to adaptacja nie filmu, a serialu. Mojego ulubionego serialu, dodajmy. Dla tych z was, którzy nie wiedzą, "24" (w Polsce emitowany pod tytułem "Przez 24 godziny") to serial opowiadający o "przygodach" Jacka Bauera (w tej roli znakomity Kiefer Sutherland), agenta jednostki antyterrorystycznej Los Angeles. Znakiem rozpoznawczym serii jest to, że wydarzenia dzieją się w czasie rzeczywistym - każdy sezon to 24 odcinki po godzinę (ściślej - po 45 minut, bowiem reszta - przynajmniej w amerykańskiej telewizji - to reklamy) opisujące ni mniej, ni więcej, a dobę z życia bohaterów. Taki system opowiadania historii (do spółki z dynamizmem, reżyserską maestrią i znakomitym aktorstwem) sprawia, że od ekranu trudno się oderwać (a oglądanie "24" w tempie jeden odcinek na tydzień to wręcz masochizm, na szczęście wszystkie sezony poza aktualnie nadawanym w stanach ósmym dostępne są na DVD).
Akcja samej gry rozgrywa się między drugim, a trzecim sezonem serialu - Bauer, jako dyrektor CTU (Counter Terrorist Unit - wspomnianej jednostki AT) przeprowadza atak odwetowy na statku znajdującym się w stoczni w LA. Jego załoga została bowiem wybita, a terroryści umieścili na nim bombę z gazem bojowym. Oczywiście wszyscy fani Jacka wiedzą, że na odnalezieniu i rozbrojeniu rzeczonej bomby się nie skończy, bo to dopiero przygrywka do właściwego planu tych "złych"...
Większość misji (a jest ich w grze kilkadziesiąt) przebiega w ko0nwencji standardowego TPSa - kierujemy zatem którymś z bohaterów (oprócz Jacka zależnie od misji wcielimy się także w Tony'ego Almeidę, Michelle Dessler, Chase'a Edmundsa, czy Kim Bauer) i strzelamy (z rzadka postrzeliwujemy i skuwamy) oponentów. I to samo w sobie nie jest złe - strzela się całkiem przyjemnie, dzięki nieźle przemyślanemu systemowi automatycznego namierzania i ukrywania się "za winklem", ale... ...no właśnie, musi być jakieś "ale". Programiści stwierdzili, że samo strzelanie to za mało i wręcz zatopili wyjściowy pomysł w tryliardzie minigier - będziemy zatem rozbrajać bomby, hackować palmtopy, brać udział w pościgach (i samochodowych i " z buta"), czy przesłuchiwać podejrzanych. Wszystko w starym, dobrym konsolowym "Simon says", czyli tu wduś kółeczko, tu kwadracik, a tu walnij się padem w łeb.
Praktycznie każdy z upchniętych tu gatunków gier jest tylko dziwaczna imitacją swojego szablonu. Misje strzeleckie zatem cechują się kompletnie spartoloną walką "w zwarciu" (gdy tylko któryś z przeciwników podejdzie za blisko nas, kamera dostaje spazmów, a auto - aiming niemalże przestaje funkcjonować). Ponadto AI przeciwników jest jakimś ponurym żartem twórców - nieprzyjaciele często stoją w miejscu, jakby mieli na czole napis "zastrzel mnie, a będę ci wdzięczny". W momencie, gdy któryś z nich poddaje nam się, stoi w miejscu z łapami w górze nie bacząc na to, że uniemożliwia nam przejście, albo że zaraz ktoś go trafi kulką w łeb. Eskortowani przez nas cywile (tak, są misje eskortowe - bolączka każdego gracza) reagują na nasze komendy z pewną dozą złośliwości, bo na hasło "kryć się" biegną przed siebie niemalże z pieśnią na ustach, prosto pod lufę wrażego karabinu Pościgi samochodowe psują nam krew kiepską sterownością wozu i kretyńskim zachowaniem innych użytkowników jezdni, którzy uwielbiają bawić się w "mistrz kierownicy ucieka". A wszelkie inne minigry (poza przesłuchiwaniami) są krańcowo nudnymi "zapchajdziurami". Warto też nadmienic, że misje absolutnie nie dzieją się "w czasie rzeczywistym", choć rozgrywają się w obrębie jednej doby (i co "godzinę" będziemy mogli usłyszeć kultowe "the following takes place between...").
Poznęcałem się - czas na garść pozytywów. Po pierwsze - głosy i modele postaci. Widać, że to licencjonowany produkt, bo Bauer i spółka mają głosy i wygląd swoich serialowych odpowiedników (czyli w grze usłyszymy Sutherlanda, Carlosa Bernarda, Dennisa Haysbertha i duża liczbę innych aktorów z oryginału). Sama obecność to nie wszystko - aktorzy wycisnęli ze swoich gardzieli maksa, naprawdę czuć klimat "24", bo i dialogi są żywe i wyjątkowo "niegrowe" i scenariusz przygotowany przez ludzi od serialu przemyślany i wciągający (w grze jest półtora godziny fenomenalnie wyreżyserowanych cutscenek, moim zdaniem najlepszych przerywników w historii gier na PS2). Muzyka też jest niezła, popełniona przez Seana Callery'ego, autora ścieżki dźwiękowej do serialu. I gdyby "24: The Game" się oglądało, a nie grało weń - to naprawdę bym się nad nią tak nie znęcał. Autorzy po prostu chcieli wrzucić wszystko do jednego worka, a nie od dziś wiadomo, że jak coś jest do wszystkiego, to...
Właśnie.
Kupić nie kupić, cutscenki obejrzeć warto (YouTube - szukajcie, a znajdziecie).
piątek, 28 maja 2010
Królowa znów czaruje swoim głosem.
Erykah Badu, New Amerykah Part Two (Return of the Ankh), rok 2010Zjawiskowa Erykah Badu posiada jeden niezaprzeczalny atut, który na starcie wyróżnia ją wśród reszty wokalistek soulowych ostatnich kilkunastu lat - głos. Sama już jego barwa to unikat - jednocześnie ciepła, seksowna i ujmująco dziewczęca. Ale równie wielkie wrażenie może robić styl, w jakim każde słowo zostaje wydobywane z jej strun głosowych. Zrelaksowana i pełna swobody artykulacja Eryki wydaje się być tak naturalna jak oddychanie. Podobnie lekkim, niewymuszonym śpiewem mogły się pochwalić swego czasu tak wielkie nazwiska jak Marvin Gaye, Stevie Wonder czy Curtis Mayfield - artyści do których duchem Erykah nie raz nawiązywała. Pewne jest, że za kilka lat sama będzie stawiana w jednym szeregu z nimi. A najnowszy album to tylko potwierdzenie jej niezagrożonej od lat pozycji królowej Soulu.
Badu wraca na nim do swoich korzeni. Po genialnym futurystycznym melanżu funku, soulu i hip-hopu, podlanym społeczno-polityczną wymową, jakim był "New Amerykah Part One (4th World War)", jej siostra skreśla agresywny modernizm na rzecz spokojniejszych klimatów z debiutu "Baduizm" czy "Mama's Gun". Kompozycje są w większości osadzone na vampach bluesowych, od czasu do czasu przerywanych przez hip hopową pulsację jak w "Fall in Love (Your Funeral)". Pomijając ślady samplingu, dominuje żywe instrumentarium, które pozwoliło uzyskać bardziej organiczne brzmienie. Efektem tego brzmienia jest powrót z cyfrowej produkcji poprzedniczki na analogową. Za bardzo dobry przykład może posłużyć tajemniczy "Incense", wyprodukowany wspólnie przez Badu i Madliba. Generalnie silniejsza rola groove'u niż melodii z początku nie wywiera muzycznie zbyt wielkiego wrażenia, ale każde kolejne przesłuchanie sprawia, że materiał staje się co raz lepszy.
Lirycznie Badu także wraca do swojego pierwotnego trybu - czyli do dobrze znanego stanu głębokiego zamyślenia. Sama artystka powiedziała w jednym z wywiadów, że nie miała czym się martwić, stąd teksty odwołujące się do uczuć. Fantastyczny 10-minutowy zamykacz albumu "Out My Mind, Just in Time" jak tłumaczyła stanowi podsumowanie wszystkiego co zawarła na albumie - mówi w nim o miłości, emocjach i o tym jak ludzie czują się w związkach. I choć album nie dorównuje jej najwybitniejszym osiągnięciom, to bez wątpienia my możemy się dobrze czuć z zawartą na nim muzyką.
8/10
Piękno w zgubnym romantyzmie.

The National, High Violet, rok 2010
"I try to be more romantic" śpiewa swoim nawiedzonym barytonem Matt Berninger w utworze "Conversation 16". Biorąc pod uwagę całą twórczość grupy i jej najnowszy album, wydaje się, że bardziej romantycznym być się nie da. Wybrane tytuły z albumu - "Terrible Love", "Sorrow", "Afraid Of Everyone" - już doskonale wyjaśniają, że liryczna strona The National nie należy do tych najpogodniejszych. Oczywiście, dla tych co są dobrze zaznajomieni z ich stylistyką nie będzie to nic nowego. Bo w końcu, poprzednia płyta, "The Boxer" z 2007 roku wygrała im niezwykły poklask wśród słuchaczy i dziennikarzy dzięki stonowanym, eleganckim aranżacjom, melancholijnej naturze i przede wszystkim charakterystycznemu, dojrzałemu barytonowi Berningera. "High Violent" nie odchodzi drastycznie od formuły, która przyniosła im uznanie - ciągle mamy do czynienia z introwertyczną muzyką, która idealnie koegzystuje z depresyjnymi tekstami. Ale wszystko uległo ulepszeniu, poczynając od bardziej ekspansywnego i wycyzelowanego brzmienia. Często można usłyszeć nastrojowe partie fortepianu, dźwięki trąbki wydobywające się gdzieś w tle, snujące się instrumenty smyczkowe. Sprawia to wrażenie wielkiego brzmienia - a'la ściany dźwięku Spectora - ale nigdy bombastycznego. Czasem majestatyczność krążka zahacza o twórczość Arcade Fire z okresu "Neon Bible", ale w większości dominuje pięknie zgubny romantyzm wczesnego Tindersticks. Jeden tylko utwór stylistycznie odstaje od tego co robili zazwyczaj - "Vanderlyle Crybaby Geeks", któremu niedaleko do alternatywnego country spod znaku Bonnie Prince Billy'ego.
W przeciwieństwie do "Boxera", gdzie otwierający "Fake Empire" zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że żaden następny nie mógł dosięgnąć jego poziomu, "High Violet" jest bardzo równy. Jego przejmujące, subtelne melodie pozostają długo w pamięci po zakończeniu płyty, odkrywając z każdym kolejnym przesłuchaniem jeszcze więcej wdzięku. Główny odpowiedzialny za ten wdzięk, czyli głos Berningera nigdy nie brzmiał tak dostojnie jak w "Bloodbuzz Ohio" czy "England", ani tak krucho jak w "Runaway".
Nie spodziewałem się tego, ale okazało się, że grupa, którą umiarkowanie ceniłem, stała się autorem najmilszej tegorocznej niespodzianki. Nagrali album bez wątpienia cementujący ich pozycję na scenie muzyki alternatywnej, z sporą szansą na powiększenie bazy słuchaczy. Wychodzi na to, że muzyczną wizytówką Nowego Jorku od tego roku nie jest już zadurzone w latach 80-tych brzmienie Yeah Yeah Yeahs czy Interpol, tylko elegancja i romantyzm kwintetu The National.
8/10
wtorek, 25 maja 2010
Ciacho (2010)
Kilka lat temu tak, ni z tego, ni z owego, na ekrany kin wszedł polski film "Pitbull". Bez specjalnej reklamy, bez gwiazdorskiej obsady, a jednak zjednał sobie rzeszę widzów. Młody reżyser, Patryk Vega, pokazał, że nawet w naszym kraju można zrobić porządne kino policyjne nawiązujące do takich klasyków filmu światowego, jak chociażby Michael Mann. Więcej - film był na tyle dobry, że jego adaptacja serialowa, jako jedyna ze wszystkich sygnowanych logiem Telewizji (tfu, tfu) Publicznej SA doczekała się drugiego sezonu.I tak Patryk stwierdził, że Pana Boga za nogi złapał i po poważnym thrillerze ma dyspensę na robienie czegokolwiek dusza zapragnie. Przeniósł się pod opiekuńcze skrzydła TVN i zmajstrował im serialik. Taki malutki - sensacyjny, silnie inspirowany przygodami agenta 007 (tak silnie, że klip otwierający każdy z odcinków Vega podprowadził prawie w całości Campbellowi z "007 Cassino Royale"). Twór ten, o wdzięcznej nazwie "Twarzą w twarz" był to marny, na tyle, że piszący te słowa wytrzymał dawkę dwóch odcinków i uciekł z pola bitwy (a i telewizyjna publiczność serwowanego przez Vegę kitu nie zaaprobowała i, jak się
okazało, seria pierwsza przygód pana Małaszyńskiego okazała się być ostatnią.
Patryk chyba stwierdził, że skoro zrobił już dwa, bądź co bądź, filmy akcji, to czas spróbować swych sił w tym, w czym polscy filmowcy są (a raczej byli za PRLu) najlepsi. I tak powstało "Ciacho" dumnie mieniące się "prawdziwą komedią" (jak rozumiem w przeciwieństwie do całej rzeszy tych nieprawdziwych i zupełnie nieśmiesznych). Oliwy do ognia dodała znakomita obsada: Karolak, Sapryk, Żak, Liszowska, wspomniany Małaszyński, Stenka, Kot - z takimi nazwiskami może wyjść albo kino pamiętne, albo katastrofa.
Zgadnijcie... Macie binarny wybór. Proszę...
Bohaterami filmu są trzej bracia - ginekolog z niespełnionymi fantazjami erotycznymi, informatyk z syndromem braku jajec i odrzucony kandydat na antyterrorystę z wrodzonym debilizmem. Ich zadaniem jest oczyszczenie z zarzutów siostry - policjantki oskarżonej o współpracę z kokainową mafią...
I może by i coś z tego było, bo Vega "Pitbullem" pokazał, że realia pracy policyjnej nie są mu obce, a rodzimej komedii sensacyjnej na miarę amerykańskiej "Zabójczej broni" jeszcze się nie doczekaliśmy. Tylko co z tego? Reżyser uznał, że jak się wzorować to na... ...innych zawiedzionych nadziejach polskiego kina i za ideał, do którego będzie dążył obrał sobie "Job" Niewolskiego. Tak, mili państwo - "Ciacho" to po prostu ciąg starych kawałów doprawiony dla niepoznaki jakąś tam fabułą. Oj, dowcipów z dziesięcioletnim stażem uświadczymy w tej "prawdziwej komedii" naprawdę sporo - jest i o tym, że w saunie się nie załatwia potrzeb fizjologicznych i o komendancie policji, co się zaśmiewał do łez przy paleniu plantacji marihuany i o ginekologu, co "dziś do pań nie zajrzy". Normalnie boki zrywać. Najlepiej wyrwać sobie razem z mózgiem, seans będzie mniej bolesny.
Żeby w cyrku było weselej, epizod w "filmie" ma także Kononowicz - znany białostocki kandydat na Prezydenta RP. Epizod sprowadza się do jednego, wybełkotanego (improwizowanego!) monologu z kilkoma chaotycznymi cięciami obrazu (pewnie za dużo wpadek). Twórcy filmu chyba stwierdzili, że nic tak nie podnosi walorów humorystycznych komedii, jak naśmiewanie się z upośledzonego psychicznie.
Na osobne potraktowanie zasługuje muzyka, a raczej piosenki użyte w filmie, bo "Ciacho", jak na "prawdziwą komedię" przystało nie dysponuje oryginalną ścieżką dźwiękową (bo toć przecież nieśmieszne by było). Pełen przegląd "hitów z satelity" a raczej z Radia ZET, czy innego RFNu. Pojawiają się co chwila, mają guzik wspólnego z tym, co się dzieje nad ekranem (pierwszy z brzegu przykład: "Hey, Hi, Hello" Shaun Baker posłużył za ilustrację do... ...faceta tarzającego się w psich odchodach, a "YMCA" Village People do wieńczącego film wesela.
Ja tego naprawdę nie zmyślam.
Zatem droga młodzieży (bo film ewidentnie skierowany jest do was, co byście jeszcze bardziej zdurnieli), jeżeli chcecie obejrzeć dwugodzinny maraton odgrzewanych dowcipów przeplatany fascynującymi tekstami (i obrazkami) o kupie i seksie analnym - zapraszam do kina!
Film promowała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Kolejny powód, by odpuścić sobie Przystanek Woodstock.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
