sobota, 29 maja 2010

24: The Game (PS2)


Ekranizacje znanych przebojów kinowych od zarania dziejów komputerowej rozrywki cieszą się bardzo złą sławą. I nie dziwota - ich twórcy często uważają bowiem, że wystarczy wykupić prawa do loga adaptowanego hitu i jego motywu przewodniego i już "ciemny lud to kupi". I ciemny lud (w tym ja) kupuje. I to od lat. Początków tego procederu należy szukać już w latach 80. ubiegłego stulecia, kiedy to gra "ET" konsolowego i komputerowego giganta Atari oparta skądinąd na innym "gigancie" - filmie Stevena Spielberga, praktycznie jedną ręką (czy też jednym podzespołem) doprowadziła Atari na skraj bankructwa, przez niektórych krytyków będąc wręcz obwinianą o kres ery ośmiobitowców. Gra, de facto, była tak zła, że klienci masowo zwracali ją do sklepów w kilka godzin po zakupie narzekając na jej całkowitą niegrywalność. Kiedy w magazynach zabrakło miejsca na carty z "ET" postanowiono je... ...zakopać na pustyni w Nevadzie. Tak, mili państwo, kończą gnioty.

Od tamtego incydentu minęło wiele lat, a twórcy wyraźnie nie zmądrzeli. Współczesne growe wersje blockbusterów nie są może tak kiepskie, jak wspomniana abominacja, ale sporo im brakuje do wybicia się ze, parafrazując Orwella, "średniej klasy średniej".

Różnica między "24: The Game", a jakimkolwiek innym tytułem próbującym zbić fortunę na fanach aktorskich pierwowzorów jest to, że "24" to adaptacja nie filmu, a serialu. Mojego ulubionego serialu, dodajmy. Dla tych z was, którzy nie wiedzą, "24" (w Polsce emitowany pod tytułem "Przez 24 godziny") to serial opowiadający o "przygodach" Jacka Bauera (w tej roli znakomity Kiefer Sutherland), agenta jednostki antyterrorystycznej Los Angeles. Znakiem rozpoznawczym serii jest to, że wydarzenia dzieją się w czasie rzeczywistym - każdy sezon to 24 odcinki po godzinę (ściślej - po 45 minut, bowiem reszta - przynajmniej w amerykańskiej telewizji - to reklamy) opisujące ni mniej, ni więcej, a dobę z życia bohaterów. Taki system opowiadania historii (do spółki z dynamizmem, reżyserską maestrią i znakomitym aktorstwem) sprawia, że od ekranu trudno się oderwać (a oglądanie "24" w tempie jeden odcinek na tydzień to wręcz masochizm, na szczęście wszystkie sezony poza aktualnie nadawanym w stanach ósmym dostępne są na DVD).

Akcja samej gry rozgrywa się między drugim, a trzecim sezonem serialu - Bauer, jako dyrektor CTU (Counter Terrorist Unit - wspomnianej jednostki AT) przeprowadza atak odwetowy na statku znajdującym się w stoczni w LA. Jego załoga została bowiem wybita, a terroryści umieścili na nim bombę z gazem bojowym. Oczywiście wszyscy fani Jacka wiedzą, że na odnalezieniu i rozbrojeniu rzeczonej bomby się nie skończy, bo to dopiero przygrywka do właściwego planu tych "złych"...

Większość misji (a jest ich w grze kilkadziesiąt) przebiega w ko0nwencji standardowego TPSa - kierujemy zatem którymś z bohaterów (oprócz Jacka zależnie od misji wcielimy się także w Tony'ego Almeidę, Michelle Dessler, Chase'a Edmundsa, czy Kim Bauer) i strzelamy (z rzadka postrzeliwujemy i skuwamy) oponentów. I to samo w sobie nie jest złe - strzela się całkiem przyjemnie, dzięki nieźle przemyślanemu systemowi automatycznego namierzania i ukrywania się "za winklem", ale... ...no właśnie, musi być jakieś "ale". Programiści stwierdzili, że samo strzelanie to za mało i wręcz zatopili wyjściowy pomysł w tryliardzie minigier - będziemy zatem rozbrajać bomby, hackować palmtopy, brać udział w pościgach (i samochodowych i " z buta"), czy przesłuchiwać podejrzanych. Wszystko w starym, dobrym konsolowym "Simon says", czyli tu wduś kółeczko, tu kwadracik, a tu walnij się padem w łeb.

Praktycznie każdy z upchniętych tu gatunków gier jest tylko dziwaczna imitacją swojego szablonu. Misje strzeleckie zatem cechują się kompletnie spartoloną walką "w zwarciu" (gdy tylko któryś z przeciwników podejdzie za blisko nas, kamera dostaje spazmów, a auto - aiming niemalże przestaje funkcjonować). Ponadto AI przeciwników jest jakimś ponurym żartem twórców - nieprzyjaciele często stoją w miejscu, jakby mieli na czole napis "zastrzel mnie, a będę ci wdzięczny". W momencie, gdy któryś z nich poddaje nam się, stoi w miejscu z łapami w górze nie bacząc na to, że uniemożliwia nam przejście, albo że zaraz ktoś go trafi kulką w łeb. Eskortowani przez nas cywile (tak, są misje eskortowe - bolączka każdego gracza) reagują na nasze komendy z pewną dozą złośliwości, bo na hasło "kryć się" biegną przed siebie niemalże z pieśnią na ustach, prosto pod lufę wrażego karabinu Pościgi samochodowe psują nam krew kiepską sterownością wozu i kretyńskim zachowaniem innych użytkowników jezdni, którzy uwielbiają bawić się w "mistrz kierownicy ucieka". A wszelkie inne minigry (poza przesłuchiwaniami) są krańcowo nudnymi "zapchajdziurami". Warto też nadmienic, że misje absolutnie nie dzieją się "w czasie rzeczywistym", choć rozgrywają się w obrębie jednej doby (i co "godzinę" będziemy mogli usłyszeć kultowe "the following takes place between...").

Poznęcałem się - czas na garść pozytywów. Po pierwsze - głosy i modele postaci. Widać, że to licencjonowany produkt, bo Bauer i spółka mają głosy i wygląd swoich serialowych odpowiedników (czyli w grze usłyszymy Sutherlanda, Carlosa Bernarda, Dennisa Haysbertha i duża liczbę innych aktorów z oryginału). Sama obecność to nie wszystko - aktorzy wycisnęli ze swoich gardzieli maksa, naprawdę czuć klimat "24", bo i dialogi są żywe i wyjątkowo "niegrowe" i scenariusz przygotowany przez ludzi od serialu przemyślany i wciągający (w grze jest półtora godziny fenomenalnie wyreżyserowanych cutscenek, moim zdaniem najlepszych przerywników w historii gier na PS2). Muzyka też jest niezła, popełniona przez Seana Callery'ego, autora ścieżki dźwiękowej do serialu. I gdyby "24: The Game" się oglądało, a nie grało weń - to naprawdę bym się nad nią tak nie znęcał. Autorzy po prostu chcieli wrzucić wszystko do jednego worka, a nie od dziś wiadomo, że jak coś jest do wszystkiego, to...

Właśnie.

Kupić nie kupić, cutscenki obejrzeć warto (YouTube - szukajcie, a znajdziecie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz