Etgar Keret stał się moją małą, szkaradną perełką. Skusiłem się na jego „Kolonie Knellera” po tym jak odkryłem, że krytycy ochrzcili go izraelskim Quentinem Tarantino. O tym chrzcie, który odbył się pewnie w rzece Jordan, dowiedziałem się z okładki studiując ją w księgarni. Jasne, wiadomo – nie można ufać tym często naciąganym opiniom z okładek. Ludzie, którzy je redagują osiągnęli mistrzostwo w sprzedawaniu kitu. Ale w kolejce do kasy stała tak słodka dziewczyna, że musiałem czym prędzej ustawić się za nią.
A propos naciągania. Pierwszego i ostatniego dnia na stanowisku telemarketera, kazano mi obdzwonić wszystkie staruszki w Warszawie. Miałem za zadanie wcisnąć przynajmniej pięć nic nie wartych, plastikowych urządzeń o debilnej nazwie i zastosowaniu.
- Dzień dobry, dzwonię z firmy… - mówię – Pani numer został wytypowany w specjalnym losowaniu, dzięki czemu dostaje pani niezwykle atrakcyjną promocję na nasz jedyny w swoim rodzaju masażer stóp! – starucha zdążyła już kilka razy wtrącić się z „Co?”, bądź „Nie słyszę!”, przez co już pod koniec mojej formułki drę się jak lektor z reklamy RTV EURO AGD.
- Panie, ja serce mam chore - odpowiada w końcu - Nie nogi, tylko serce. Nie macie czegoś na serce?
Kilka minut później notowała już numer konta, by przelać forsę, bo nie wiedziała, że w stopach tkwią przecież receptory (albo coś) stymulujące pracę wszystkich organów (czy narządów), z sercem włącznie. No przecież, cholera! Toż ty nie wiedziała? Jak można nie wiedzieć tak podstawowej sprawy?! Uleczę cię babciu, że hej!
Wracając do Kereta. Porównanie do Tarantino to bzdura, ale ogólnie – po prostu bueno (czy znowu coś).
Przede wszystkim styl, całkowicie naturalny, nieco bałaganiarski. Proste słowa i kompozycje. Ciągłe bombardowanie akcją, a my nie możemy schować się w okopie jakiegokolwiek opisu. Czuć ten radioaktywny opad po strumieniu świadomości. Jezu, wychowałem się na szybkich, kolorowych reklamach. Lubię taką jazdę bez zbędnego pieprzenia.
No i pomysły. Choćby opowiadanie o pięknej macicy, która staje się obiektem fascynacji i muzealnym eksponatem. Jakby to było odwiedzać w muzeum macicę własnej matki? Keret dokładnie o tym opowiada. (?!)
"Kolonie Knellera" – tytułowe opowiadanie, ostatnie z czterech pozostałych. Piękna historia, melancholijna i błyskotliwa, z niebanalnym pomysłem. Pozwolę sobie zacytować jej początek.
Fuck! Próbowałem znaleźć w internecie, ale nie ma. A nie będę przepisywał z książki przecież. Znów chcę umrzeć. Całe szczęście, że jesteśmy w siedlisku padlinożerców, całe szczęście, że mi za to nie płacą. Nie muszę się ograniczać do jakiejś sztywniackiej formy. Tu znów pozwolę sobie coś zacytować: „O, o! Mogę wszystko…”.
Teraz się śmieję.
poniedziałek, 24 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz