Na widokówce ode mnie nie byłoby wieży Eiffla, ani gondoli płynącej po nadzwyczaj zielonej rzece. Nie byłoby też żadnej katedry, Luwru, czy stylowej fotografii, pary zakochanych. Kartka, którą byście ode mnie dostali przedstawiałaby tłumy. Hordy ludzi płynących z prądem innych ludzi, i wcale nie ubranych modnie, i wcale nie tak szczupłych, pięknych.
Na odwrocie tej kartki napisałbym: Paryż z filmów jest zupełnie inny niż ten, który sobie zaserwowałem. Weźmy choćby język, francuski zawsze brzmiał mi elokwentnie. Subtelny głos intelektualistów. Natomiast w tych ciemnych uliczkach, kiedy z każdej dziury bucha dym i zapach skisłych winogron, język francuski brzmi niemal tak twardo i okropnie jak niemiecki. Niemiecki, którego pomimo jedenastu lat nauki, nie nauczyłem się z powodu genetycznie zaprogramowanej odrazy. Wiem kochani – nie jestem sam.
Poza tym, liczyłem, że pokocham Paryż. Tyle opowieści, tyle historii. A nawet kościoły i biblioteki z książek Dana Browna nie robią na mnie wrażenia. Nienawidzę gdy ktoś tak mówi, ale to prawda: natury nie oszukasz.
Łacińska dzielnica, w której spędziłem najwięcej czasu wygląda w zasadzie jak stara część Pragi. Tylko, że kamienice prezentują się jakoś tak dostojniej, a w każdej z nich mieszkał, bądź umarł ktoś wielki. Zastanawiałem się, może powinno mnie to interesować? Który stolik w knajpie był ulubionym Hemingwaya, albo, w którym budynku napromieniowywała się Curie. Może powinienem zobaczyć jakiś obraz, fresk, czy cokolwiek pięknego? Może… Ale bardziej pociągają mnie takie miejsca jak na przykład metro.
Jest niesamowicie, tam pod ziemią, gdzie ciężkie maszyny suną po stalowych torach. Gdzie każda osoba z tłumu musi przecisnąć się przez tą samą bramkę, co zakrawa na marzenie jakiegoś fetyszysty. Miliardy bilionów trylionów tysięcy setek nieskończoności ludzi ocierających się o tą samą nieskończoną metalową bramkę.
Kiedy kogoś nie rozumiesz (tego co mówi), nie traktujesz go jak pełnowartościowego człowieka. Dlatego czuję się podniecony, bo pierwszy raz w życiu moja rzekoma socjofobia po prostu się zacięła. Tyle różnych, kolorowych zwierząt, a we mnie nie ma lęku.
Jednak w powietrzu gęstym od zapachu uryny i jakby gotowanej kapusty (albo kapusty gotowanej w urynie) wisi inny rodzaj grozy. To chyba wpływ amerykańskich filmów. Ciemna skóra, podejrzane oczy – nerwowy wzrok i już ci się wydaję, że gość zaraz wstanie i krzycząc coś w stylu „Allahu akbar!” rozerwie kurtkę spod której wyłoni się przypięta pasem bomba
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz